Jest piątek. Kilka godzin temu większość z nas skończyła pracę i rozpoczęła weekendowe szaleństwo. Bądź lenistwo.
Czuje się podekscytowanie, radość i wdzięczność za to, że nadszedł upragniony wypoczynek.
Amerykanie, by określić to, co się dzieje z nami w ostatnim dniu tygodnia pracy używają skrótu TGIF - Thank God It's Friday (Dzięki Bogu, już piątek).
Przyznaję uczciwie, zazwyczaj w piątek nie udaje mi się myśleć wyłącznie o pracy.
Dzisiejszy był jednak trochę inny.
Owszem, ledwo wstałam, na w pół śpiąc doczłapałam się do pracy i pierwsze co, oczywiście, to kawa. Potem trochę marudzenia, ploty z koleżankami z pracy, trochę i się popracowało. I już myśląc o tym, gdzie pójdziemy zjeść obiad z N (bo w domu jadam sporadycznie) i ogólnie będąc myślami daleko od spraw zawodowych, nagle spełniło się moje marzenie.
Może dużo powiedziane, marzenie, ale coś czego się nie spodziewałam i czego pragnęłam.
Otóż, po półtora roku pracując w tym samym miejscu, robiąc coś kompletnie nie związanego z moimi zainteresowaniami, odmieniło się to.
W końcu, w końcu będę robić w pracy to, co lubię. Mało znam osób, właściwie jedną, która w pracy się spełnia, robi to co kocha.
A ja właśnie do niej dołączam. Raz na tydzień będę pisać artykuły. Felietony. Będę pisać! I na tym zarabiać. To tak przy okazji.
Także,
TGIF
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz