Jest piątek. Kilka godzin temu większość z nas skończyła pracę i rozpoczęła weekendowe szaleństwo. Bądź lenistwo.
Czuje się podekscytowanie, radość i wdzięczność za to, że nadszedł upragniony wypoczynek.
Amerykanie, by określić to, co się dzieje z nami w ostatnim dniu tygodnia pracy używają skrótu TGIF - Thank God It's Friday (Dzięki Bogu, już piątek).
Przyznaję uczciwie, zazwyczaj w piątek nie udaje mi się myśleć wyłącznie o pracy.
Dzisiejszy był jednak trochę inny.
Owszem, ledwo wstałam, na w pół śpiąc doczłapałam się do pracy i pierwsze co, oczywiście, to kawa. Potem trochę marudzenia, ploty z koleżankami z pracy, trochę i się popracowało. I już myśląc o tym, gdzie pójdziemy zjeść obiad z N (bo w domu jadam sporadycznie) i ogólnie będąc myślami daleko od spraw zawodowych, nagle spełniło się moje marzenie.
Może dużo powiedziane, marzenie, ale coś czego się nie spodziewałam i czego pragnęłam.
Otóż, po półtora roku pracując w tym samym miejscu, robiąc coś kompletnie nie związanego z moimi zainteresowaniami, odmieniło się to.
W końcu, w końcu będę robić w pracy to, co lubię. Mało znam osób, właściwie jedną, która w pracy się spełnia, robi to co kocha.
A ja właśnie do niej dołączam. Raz na tydzień będę pisać artykuły. Felietony. Będę pisać! I na tym zarabiać. To tak przy okazji.
Także,
TGIF
piątek, 15 lipca 2011
poniedziałek, 11 lipca 2011
Zakupoholizm
Jak każda kobieta, kocham zakupy. A jeszcze bardziej od kupowania, kocham wyprzedaże. Parę miesięcy oczekiwania, i w końcu są.
Naprawdę, wszystkim specjalistom od reklamy postawiłabym flaszkę za wymyślenie czegoś tak genialnego jak przeceny.
Każdy wie, że to bujda i każdy się na to nabiera i korzysta. W tym i ja.
Zaczęło się niewinnie, ot poszłam do centrum handlowego po spodnie. Ewentualnie buty. I wpadłam na amen. Najpierw moje ukochane sklepy, New Look, Tally Weijl, Camaieu, Cubus, Reserved, H&M i Zara. I tak właśnie straciłam głowę i wpadłam w amok.
Spędziłam w GM siedem godzin. Obkupiłam się chyba na cały rok. Krótkie spodenki, bluzeczki, jeansy, torebki, jakieś malowidła do twarzy. Wydałam ponad pół pensji. A jedyne o czym teraz myślę to to, że nie kupiłam butów i strasznie ich potrzebuję. Chociaż moja podświadomość wie, że to nieprawda.
Wiem że nie powinnam, wiem że nie mam kasy, wiem że pod koniec miesiąca znowu będę liczyć się z każdym groszem. Naprawdę to wiem.
Ale nic mnie nie powstrzyma. Tylko jedna, jedyna para butów. No, może dwie, w końcu są wyprzedaże. W sierpniu już to co się opłaca będzie wykupione, przerzedzone, a ja nie potrafię wybrać nic z tych 50 par butów, które zalegają w szafie i desperacko potrzebuję nowych. W końcu kiedy znowu wszystko będzie takie tanie, na jesień? Tyle czekać?
Cóż, tym razem naprawdę mam już ograniczone fundusze, i chociaż te wystawy tak kuszą, wręcz mnie wołają i błagają bym coś kupiła, na pewno się nie dam.
Jedna para butów. Albo dwie.
Tyle teraz potrzebuję do szczęścia.
Naprawdę, wszystkim specjalistom od reklamy postawiłabym flaszkę za wymyślenie czegoś tak genialnego jak przeceny.
Każdy wie, że to bujda i każdy się na to nabiera i korzysta. W tym i ja.
Zaczęło się niewinnie, ot poszłam do centrum handlowego po spodnie. Ewentualnie buty. I wpadłam na amen. Najpierw moje ukochane sklepy, New Look, Tally Weijl, Camaieu, Cubus, Reserved, H&M i Zara. I tak właśnie straciłam głowę i wpadłam w amok.
Spędziłam w GM siedem godzin. Obkupiłam się chyba na cały rok. Krótkie spodenki, bluzeczki, jeansy, torebki, jakieś malowidła do twarzy. Wydałam ponad pół pensji. A jedyne o czym teraz myślę to to, że nie kupiłam butów i strasznie ich potrzebuję. Chociaż moja podświadomość wie, że to nieprawda.
Wiem że nie powinnam, wiem że nie mam kasy, wiem że pod koniec miesiąca znowu będę liczyć się z każdym groszem. Naprawdę to wiem.
Ale nic mnie nie powstrzyma. Tylko jedna, jedyna para butów. No, może dwie, w końcu są wyprzedaże. W sierpniu już to co się opłaca będzie wykupione, przerzedzone, a ja nie potrafię wybrać nic z tych 50 par butów, które zalegają w szafie i desperacko potrzebuję nowych. W końcu kiedy znowu wszystko będzie takie tanie, na jesień? Tyle czekać?
Cóż, tym razem naprawdę mam już ograniczone fundusze, i chociaż te wystawy tak kuszą, wręcz mnie wołają i błagają bym coś kupiła, na pewno się nie dam.
Jedna para butów. Albo dwie.
Tyle teraz potrzebuję do szczęścia.
czwartek, 7 lipca 2011
Kofeina
Kocham spać. Najchętniej spałabym codziennie do południa. Niestety, praca, praca.
Zazwyczaj śpię do 7-ej, a dziś jak na złość, po nieprzespanej nocy, moje wstrętne, złośliwe kocisko obudziło mnie o 5.50. RANO!
Ale jak już się przebudziłam, ruszyłam ręką by zdjąć z siebie owe kocisko i mychę przez którą zostałam brutalnie obudzona, zmusiłam się by wstać i wykorzystać nadmiar czasu o poranku. I ominąć codzienny jogging do tramwaju.
Błąd.
Przebrnęłam przez ogarnięcie się, dotarłam na czas bez zadyszki do pracy. I bum. Jak mnie telepnęło, to prawie usnęłam na siedząco przed komputerem. Zaczęłam już myśleć o tym, że zdrzemnięcie się w firmowej toalecie, tak na 5 minutek, to nie taki zły pomysł.
Suma sumarum odrzuciłam tą słodką myśl,wlałam w siebie trzy kawy i dwa tigery, i udało się trzymać oczy otwarte.
To takie dziwne. Nie tak dawno temu, po odpędzeniu porannego lenia i wstaniu z łóżka, potrafiłam normalnie funkcjonować przez cały dzień.
A teraz... pobudka i moja pierwsza myśl - KAWY!
Jestem jak zombie dopóki nie dorwę z rana mojej dawki kofeiny.
Czy to dlatego, że człowiek z czasem się uzależnia? Czy też dlatego, że się starzeje i organizm domaga się wspomagaczy?
Jeśli to druga opcja, to przerąbane. Jeśli teraz po normalnie przespanej nocy, co najmniej 6 godzin, z rana muszę wypić jedną kawę, to co będzie potem? Będę żyć na samej kawie?
niedziela, 3 lipca 2011
Kochany pamiętniczku
Jak widać, piszę sama dla siebie. To mi przypomniało okres dzieciństwa, kiedy modne było pisanie pamiętników.
Pamiętam, jak kilka miesięcy temu owładnęło mnie szaleńcze sprzątanie ciuchów i wywaliłam wszystko po kolei z szafek. Ku mojemu zdumieniu, znalazłam swój pamiętnik z czasów podstawówki.
Przeczytałam go od deski do deski, zajęło mi to chyba z dwie godziny. To niesamowite, że dzięki paru kartkom papieru można przenieść się w przeszłość.
Czytałam z zapartym tchem, o moich pierwszych wagarach z najlepszą przyjaciółką, z którą notabene nadal się przyjaźnię, o moim kłótniach z mamą, i wielu wielu innych problemach jakie może mieć 10 - letnia dziewczyna.
A wracając do teraźniejszości..
Drogi pamiętniczku,
muszę się czymś pochwalić. Przeżyłam! Przeżyłam wczorajszy dzień. A można powiedzieć, że trudno było.
Chyba naprawdę się starzeję. Owszem, wcześniej także miewałam ten paskudny stan, zwany kacem. Ale to było nic w porównaniu z wczorajszym. A wypiłam tylko kilka drinków. No, może to nie jest mało, ale dwa, trzy lata temu wypijałam, wstyd przyznając, więcej. Jednak tak źle jak wczoraj nie znosiłam efektów swej głupoty.
Jak to jest, człowiek niby wie, że to się źle kończy. Oczywiście że zdawałam sobie w piątek sprawę z tego, że jak za dużo wypiję, czeka mnie masakra w sobotę. Zdawałam sobie z tego sprawę nawet po wejściu do klubu. Nawet pijąc drinka, nawet zamawiając drugiego.
Dziwnym trafem przy kolejnych ta wiedza wyparowała. Nie wiem czy to dlatego, że przy dobrej zabawie nie zwracasz uwagi na takie mało istotne rzeczy, czy może dlatego, że przy kolejnym piwie czy kto co tam pije wciska się taki "przycisk", że już nie kontrolujesz samego siebie i dalej wlewasz w siebie alkohol.
Jednym słowem, głupota ludzka, czy też moja, czasem nie zna granic.
Mam jedynie nadzieję, że przy kolejnym wyjściu będę pamiętać o tym, jak bardzo źle się czułam :)
Pamiętam, jak kilka miesięcy temu owładnęło mnie szaleńcze sprzątanie ciuchów i wywaliłam wszystko po kolei z szafek. Ku mojemu zdumieniu, znalazłam swój pamiętnik z czasów podstawówki.
Przeczytałam go od deski do deski, zajęło mi to chyba z dwie godziny. To niesamowite, że dzięki paru kartkom papieru można przenieść się w przeszłość.
Czytałam z zapartym tchem, o moich pierwszych wagarach z najlepszą przyjaciółką, z którą notabene nadal się przyjaźnię, o moim kłótniach z mamą, i wielu wielu innych problemach jakie może mieć 10 - letnia dziewczyna.
A wracając do teraźniejszości..
Drogi pamiętniczku,
muszę się czymś pochwalić. Przeżyłam! Przeżyłam wczorajszy dzień. A można powiedzieć, że trudno było.
Chyba naprawdę się starzeję. Owszem, wcześniej także miewałam ten paskudny stan, zwany kacem. Ale to było nic w porównaniu z wczorajszym. A wypiłam tylko kilka drinków. No, może to nie jest mało, ale dwa, trzy lata temu wypijałam, wstyd przyznając, więcej. Jednak tak źle jak wczoraj nie znosiłam efektów swej głupoty.
Jak to jest, człowiek niby wie, że to się źle kończy. Oczywiście że zdawałam sobie w piątek sprawę z tego, że jak za dużo wypiję, czeka mnie masakra w sobotę. Zdawałam sobie z tego sprawę nawet po wejściu do klubu. Nawet pijąc drinka, nawet zamawiając drugiego.
Dziwnym trafem przy kolejnych ta wiedza wyparowała. Nie wiem czy to dlatego, że przy dobrej zabawie nie zwracasz uwagi na takie mało istotne rzeczy, czy może dlatego, że przy kolejnym piwie czy kto co tam pije wciska się taki "przycisk", że już nie kontrolujesz samego siebie i dalej wlewasz w siebie alkohol.
Jednym słowem, głupota ludzka, czy też moja, czasem nie zna granic.
Mam jedynie nadzieję, że przy kolejnym wyjściu będę pamiętać o tym, jak bardzo źle się czułam :)
piątek, 1 lipca 2011
Para, która się kocha?!
Znam pewną dziewczynę, M. Jest ze swoim chłopakiem parę lat, około 5. Nigdy nie mieszkali razem.
Dzisiaj z nią rozmawiałam, pokłócili się.
Zaczęło się od porannego smsa, w którym prosił ją o pożyczenie mu 10 zł do jutra. Obecnie nie pracuje i chcąc nie chcąc jest uzależniony od pieniędzy, które dostaje od matki. M czasem mu pożycza. Raz oddaje, raz nie.
Dzisiaj nie starczyło mu na zioło.
Ona uparła się przy swoim i powiedziała "nie".
Użył, o ile mnie pamięć nie myli, podczas ich wymiany zdań takich wyrażeń (kolejność przypadkowa):
"Wypierdalaj"
"Ciota"
"Skąpy balas"
"Tylko ty i portfel"
"Jak chuj się zachowałaś"
"Sknerus" (to parę razy)
"Żryj te pieniądze"
"Ładnie głupia jesteś"
"Możesz się nawet z kimś dzisiaj przespać. Nie bolałoby mnie to"
"W dupę sobie wsadź tą pizzę" (Wcześniej zaprosiła go na pizzę)
"Nażryj się tak aż pękniesz"
Może i trochę chodziło o pieniądze. Może chodziło o to, na co te pieniądze. Może chodziło o to, że codziennie jara.
Nie mówię, że to jest ich codzienność. Teoretycznie są szczęśliwi, mają wspólne plany, dobrze się ze sobą czują.
Czy tak naprawdę wygląda współczesny związek? Facet, albo kobieta, może powiedzieć tak obrzydliwe rzeczy do drugiej osoby, a potem się pogodzić i żyć jakby te słowa nie padły? Takie traktowanie może przejść bez echa?
Czy ktoś, kto tak zwraca się do swojego partnera, może go szanować?
Serio, tak ma wyglądać miłość i partnerstwo w dzisiejszym świecie?
Dzisiaj z nią rozmawiałam, pokłócili się.
Zaczęło się od porannego smsa, w którym prosił ją o pożyczenie mu 10 zł do jutra. Obecnie nie pracuje i chcąc nie chcąc jest uzależniony od pieniędzy, które dostaje od matki. M czasem mu pożycza. Raz oddaje, raz nie.
Dzisiaj nie starczyło mu na zioło.
Ona uparła się przy swoim i powiedziała "nie".
Użył, o ile mnie pamięć nie myli, podczas ich wymiany zdań takich wyrażeń (kolejność przypadkowa):
"Wypierdalaj"
"Ciota"
"Skąpy balas"
"Tylko ty i portfel"
"Jak chuj się zachowałaś"
"Sknerus" (to parę razy)
"Żryj te pieniądze"
"Ładnie głupia jesteś"
"Możesz się nawet z kimś dzisiaj przespać. Nie bolałoby mnie to"
"W dupę sobie wsadź tą pizzę" (Wcześniej zaprosiła go na pizzę)
"Nażryj się tak aż pękniesz"
Może i trochę chodziło o pieniądze. Może chodziło o to, na co te pieniądze. Może chodziło o to, że codziennie jara.
Nie mówię, że to jest ich codzienność. Teoretycznie są szczęśliwi, mają wspólne plany, dobrze się ze sobą czują.
Czy tak naprawdę wygląda współczesny związek? Facet, albo kobieta, może powiedzieć tak obrzydliwe rzeczy do drugiej osoby, a potem się pogodzić i żyć jakby te słowa nie padły? Takie traktowanie może przejść bez echa?
Czy ktoś, kto tak zwraca się do swojego partnera, może go szanować?
Serio, tak ma wyglądać miłość i partnerstwo w dzisiejszym świecie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)